top of page
  • Black Facebook Icon
  • Black YouTube Icon
  • Black Instagram Icon
Search

Droga do Indii

Ciszę nad dziką plażą przerywają raz na czas odrzutowce. Zawsze czuje wtedy bliską obecność Turcji. Konflikt z Turcją należy tutaj do codzienności. "Turcja nigdy nie spocznie w wysiłkach zniszczenia Grecji" krzyczą nagłówki internetowych gazet.


W tej atmosferze ryczące odrzutowce zawsze są sygnałem do sprawdzenia wiadomości i zawsze okazują się odpowiedzią na kolejne tureckie prowokacje na Morzu Śródziemnym. Miesiącami, bez przerwy na Covid, rośnie tam napięcie związane z gigantycznymi złożami gazu odkrytego na południe od Krety, do których Erdogan rości sobie pretensje, a kolejne kraje stają po tej lub tamtej stronie konfliktu.


Ale odrzutowce przenoszą mnie też gdzie indziej. Do terenów przygranicznych w Indiach. Do Gujaratu. Tam też słychać je codziennie. Nie przerywają jednak ciszy jak tu, ale zagłuszają nieustanny hałas indyjskiej ulicy. Gdy pytam o huk, hotelowa recepcjonistka mówi, żeby się zacząć martwić jaki ich nie będzie słychać. Póki przelatują nad nami kilka razy dziennie, jesteśmy bezpieczni.

Tereny indyjskiego Gujaratu dzielą granice z Pakistanem. Są szarą jałową pustynią, gdzieniegdzie upstrzoną nieładnymi krzakami. Czasem można się natknąć na zagajnik kaktusów, ale przede wszystkim dominuje wszechobecny pył i upał.



Gdyby nie podróże do Indii nie utknęli byśmy chyba na Krecie. Nie byłoby w nas na to gotowości.

Czym są tutejsze niedogodności w porównaniu z podróżą po Indiach.

Odkąd zaczęliśmy tam jeździć wszystko wywróciło się do góry nogami.

Świat w którym żyjemy okazał się w moich oczach przemyślną dekoracją, kupą lakierowanego kartonu i plastiku, pędem ludzkich złudzeń.

Umową społeczną, która siłą inercji pcha nas coraz dalej, w przypadkowo obranym kierunku i z przekonaniem, że żyjemy w jedynym z możliwych światów. Co gorsza najlepszym..

A to co dla nas oczywiste, jest czystym wymysłem. Gdyby się na niego nie godzić, nie istniał by. Gdyby umieć odróżnić wymyślone od rzeczywistego.



Kiedy lądujesz w Indiach nasze reguły przestają mieć znaczenie.

Czas staje w miejscu i jest dla nas, nie my dla niego. Nikt cię tu z niego nie rozliczy. Życie dominuje nad cywilizacją.

Na przejście graniczne jest czas. Trwa tyle, ile trwać musi. Od reguł są odstępstwa, za zasadami stoi człowiek.

Mleko dla dziecka w za dużym opakowaniu? To przecież tylko mleko dla dziecka. Oczywiście. Kto by je rekwirował. Woda? To przecież tylko woda. Można się jej napić. Personalne decyzje, branie zasad w nawias.

Inne rzeczy są ważne. Rozdzielenie mężczyzn i kobiet. Dwie kolejki. Skromna zasłona do przeszukania kobiecej części pasażerów. Powolny tłok chaotycznie przesuwający się do celu, przepychając się nawzajem, zastępując sobie drogę i napierając na siebie ciałem. Żywy twór, który połyka cię, nie daje ci się oddzielić. To są Indie.


Po wyjściu z lotniska, niczym szok florencki, następuje indyjski szok drogowy.

I to on najbardziej trzęsie moim światem.

Może dlatego, że jest sprawą tak banalną, że rozbija podstawy, na których stoi funkcjonowanie Europy, zdrowego rozsądku i wszystkiego co znam.

Nie inna religia, nie kultura, zapachy, kolory..

Hindusi jeżdżą po autostradzie pod prąd!

Część z nich oczywiście z prądem, inaczej nie miałoby to takiego znaczenia.

Generalnie jedzie się dowolnym pasmem, w dowolną stronę i z dowolną prędkością. Jak kto woli. Na pasie szybkiego ruchu można się też nagle zatrzymać. Zawrócić, nie zmieniając go. Zrobić wszystko, co nam aktualnie pasuje. Nocą jeździ się też na długich światłach, dzięki którym, nikt już nic nie widzi.

Tym wszystkim nawiguje jakaś tajemna siła, hindusi prowadzą niczym nietoperze, albo owady połączone ze sobą niewidzialną nicią, które wiedzą dokąd zmierzają, nie wpadając na siebie nawzajem. Myślę, że równie dobrze mogliby jeździć z zamkniętymi oczami. Wszystkie sygnały dotyczące jazdy nadawane są klaksonem.



Podczas jednego z naszych pierwszych wyjazdów, kierowca naszego busa, gdy o zmierzchu nie dosłyszał na trasie szybkiego ruchu, że chcemy się zatrzymać w sklepie, nagle pojąwszy swój błąd wyhamował i powoli, niespiesznie, bez jakichkolwiek świateł, zawrócił pół kilometra, jadąc ze wszystkimi na czołowe, busem pełnym ludzi.

W busie wszyscy zaniemówili. Nikt nie śmiał mu przerwać, mając poczucie, że dzieje się coś ponad ludzkiego. I że gdy dobędziemy głosu, zerwiemy tą jego magiczną konekcję z innymi kierowcami i zaraz wszyscy zginiemy.

Ale nie dość, że wszyscy przeżyli, a wypadku nie było, to nikt z biorących udziału w ruchu drogowym nie wydał się zdziwiony. To za co kierowca u nas byłby ścigany helikopterem i puszczany w nagraniach z pościgu we wszystkich wiadomościach, tu nie jest warte mandatu, ba, upomnienia. Jedziesz gdzie i jak chcesz, to oczywiste. Wszystko jest au rebours. Witajcie w największej anarchii świata.


 
 
 

Comments


bottom of page